Czy mowilam juz o tym, ze mam swoj wlasny taras? Taras z widokiem na gory? Na osniezone stoki do ktorych przyklejone sa gliniane domki, w ktorych zapalaja sie miliony swiatel gdy gasnie dzien nad Afganistanem? A czy mowilam, ze slonce zachodzi tu inaczej? Ze wpada w wiecej odcieni rozu i fioletu? I, ze az chce sie myslec o rubinach i Indiach?
Wieczorem wychodze na moj taras i slucham koncertu jakiego daje miasto. Spiace miato Kabul. Szczekajace psy. Przejezdzajacy samochod. Powietrze snuje opowiesc o sniegu lezacum na Hindu Kushu. I przychodzi magia. Slysze z dolu dobiegajaca muzyke. Rabanke. Taka popoulistyczna zmiksowana rabanke. I mysle sobie - jest dobrze. Nie ma ani troche "skansenu", nostalgii, idealnosci, perfekcji. Jest za to fatalny gust muzyczny i kiepskie jedzienie. Kiczowate bilboardy i nieprane chyba od wiekow firany w moim biurze. No i oczywiscie "sluzacy", ktory co rano wbija mi sie do pokoju ze sniadaniem, mimo moich protestow.
Czy mowilam juz o tym, ze kazda osoba, ktora spotkam mowi mi - "nikomu nie ufaj"?
Czy mowilam juz o tym, ze w Afganistanie nawet uczen trzeciej klasu spokojnie rozmawia o polityce i zajmuje sie polityka i kazdy na pollityce "sie zna"?
Nie, nie mowilam.
I nie mowilam tez o tym, ze dzis uslyszalm "Przyjechalas w dobrym czasie do Afganistanu. To jest czas w ktorym wszystko sie tu zmienia".
Zobaczmy wiec, co bedzie dalej.
Slucham koncertu na miasto Kabul w akomaniamencie mojego radia. I powoli usypiam.
sobota, 7 stycznia 2012
piątek, 6 stycznia 2012
O kobietach i malzenstwie
O kobietach
Jeden z poznanych przeze mnie Afganczykow, ma chora siostre. Siostra jest nastolatka. Okazalo sie, ze ma raka. Przeszla juz jedna operacje, a teraz ma naswietlania. Rodzina nie powiedziala na co choruje. Dlaczego? "Wiesz Alex, kobiety maja bardzo male serca. Gdybysmy jej o tym powiedzieli zaczelaby sie zachowywac tak jakby umierala. Po co to? Dlatego jej nie powiedzielismy."
O malzenstwie
"Ty Alex nie jestes jeszcze mezatka, to ty jeszcze nie wiesz ale malzenstwo wplywa na czlowieka. To widac nawet na skorze. Jak idzie singiel to od razu widac, jest taki swiezy, a jak idzie zonaty to taki ze mu rece opadly. Jak tylko sie ozenilem wlosy mi zaczely wypadac. No i utylem. Tak, tak - to przez malzenstwo".
Jeden z poznanych przeze mnie Afganczykow, ma chora siostre. Siostra jest nastolatka. Okazalo sie, ze ma raka. Przeszla juz jedna operacje, a teraz ma naswietlania. Rodzina nie powiedziala na co choruje. Dlaczego? "Wiesz Alex, kobiety maja bardzo male serca. Gdybysmy jej o tym powiedzieli zaczelaby sie zachowywac tak jakby umierala. Po co to? Dlatego jej nie powiedzielismy."
O malzenstwie
"Ty Alex nie jestes jeszcze mezatka, to ty jeszcze nie wiesz ale malzenstwo wplywa na czlowieka. To widac nawet na skorze. Jak idzie singiel to od razu widac, jest taki swiezy, a jak idzie zonaty to taki ze mu rece opadly. Jak tylko sie ozenilem wlosy mi zaczely wypadac. No i utylem. Tak, tak - to przez malzenstwo".
czwartek, 5 stycznia 2012
good morning new world
68% mieszkancow Afganistanu to mlodziez i dzieci....
Uswiadomcie sobie, ze zobaczymy nowy swiat, zobaczymy co zbuduja nasi rowiesnicy. To jest niesamowite. Zobaczymy cos czego nie widzial nikt przed nami ;) Wiecie, ze jestem jedna ze starszych osob w radiu? A moj szef ma 26 lat? To jest niesamowite jak oni sa mlodzi, jak wczesnie zaczeli zyc, budowac, zarabiac. Nie czekali na zycie tylko walczyli o to zeby zyc. Ci kolesie, ktorzy byc moze kiedys zrobia bilety na buzkaszi to sa ci ktorzy modyfikuja rzeczywistosc, kulture - zmieniaja swiat. A to, ze lubia kicz? Tandetna muzyke? Ze chca nosic pistolet w kaburze pod pacha. To ze maja malo wspolnego ze swiatem jaki znamy z ksiazek? Idzie nowe. Szykujmy miejsce na nowe ksiazki.
Uswiadomcie sobie, ze zobaczymy nowy swiat, zobaczymy co zbuduja nasi rowiesnicy. To jest niesamowite. Zobaczymy cos czego nie widzial nikt przed nami ;) Wiecie, ze jestem jedna ze starszych osob w radiu? A moj szef ma 26 lat? To jest niesamowite jak oni sa mlodzi, jak wczesnie zaczeli zyc, budowac, zarabiac. Nie czekali na zycie tylko walczyli o to zeby zyc. Ci kolesie, ktorzy byc moze kiedys zrobia bilety na buzkaszi to sa ci ktorzy modyfikuja rzeczywistosc, kulture - zmieniaja swiat. A to, ze lubia kicz? Tandetna muzyke? Ze chca nosic pistolet w kaburze pod pacha. To ze maja malo wspolnego ze swiatem jaki znamy z ksiazek? Idzie nowe. Szykujmy miejsce na nowe ksiazki.
Afganski kowboj
Kapelusz zamszowy, biale zeby, welniana marynarka, eleganckie welniane spodnie, kabura pod pacha, a w niej srebny pistolet, w dloni muzulmanski rozaniec. To sie nazywa styl mlodego biznesmena w kraju rozwijajacym. Ciezko to komentowac, bo wszak to odmiennosc kulturowa. Inne warunki. Inny swiat. Ale nie powiem, budzi to moj usmiech na twarzy. Jest to cos zupelnie, zupelnie wyjatkowego.
A. No i dostalam do prowadzenia dwia programy radiowe. Jeden samodzielnie, a drugi z jakims gosciem, ktory pracuje w ambasadzie amerykanskiej. Fajnie :)
A. No i dostalam do prowadzenia dwia programy radiowe. Jeden samodzielnie, a drugi z jakims gosciem, ktory pracuje w ambasadzie amerykanskiej. Fajnie :)
wtorek, 3 stycznia 2012
Dzien wrobli
Wroble cwierkaly dzis glosno w miescie Kabulu. Obwieszczaly zmarznietym cialom nadejscie cieplego dnia. Wyszlam na taras. Gory z naprzeciwka rysowaly sie zza lekkiej mgielki. Pod moimi stopami rozciagal sie ogrod otoczony murami w ktorym trwaly jeszcze zimowe roze. Ogrod zamkniety straznica. Bylo pieknie.
Dalej bylo tylko piekniej. Zostalam wprowadzona w zakres mojej pracy. Dostalam piec na drweno. Poszlam na zakupy, a po drodze spotkalam Wlocha, ktory nie dosc ze zaprowadzil mnie do sklepu to jeszcze zarysowal wspolprace. Ani na chwile nie zabrako pradu. Internet nie wysiadl. Napilam sie pepsi. Pierwszy dzien, ktory minal dobrze. Dziekuje za niego :)
Dalej bylo tylko piekniej. Zostalam wprowadzona w zakres mojej pracy. Dostalam piec na drweno. Poszlam na zakupy, a po drodze spotkalam Wlocha, ktory nie dosc ze zaprowadzil mnie do sklepu to jeszcze zarysowal wspolprace. Ani na chwile nie zabrako pradu. Internet nie wysiadl. Napilam sie pepsi. Pierwszy dzien, ktory minal dobrze. Dziekuje za niego :)
Kabulskie jadro ciemnosci
Z niego wlasnie pisze. Moze mniej metaforycznie, pisze z Kabulu w ktorym wlasnie - po raz trzeci dzis - nie ma pradu. Brak pradu oznacza brak ogrzewania, wody do mycia. Czuje jak nadchodzi fala zimna. Zaczyna od nieoslonietych dloni, pozostajacych z dala od serca stop. Pamietacie Buke z muminkow? Ten kto stworzyl ta postac znal takie zimno, jakie ja tu poznaje. To nie jest zimno ktore zabija, zimno na sniegu, zimno na zwenatrz - to takie zimno, ktore zaskakuje w pozornie bezpiecznym miejscu. Zimno partyzanckie. Ot - gasnie swiatlo, pradu brak, moje biuro zamienia sie w lodowke.
I nagle, wraca swiatlo! Zycie staje sie latwiejsze, dziala klimatyzacja ustawiona na grzanie i mozna myslec o czyms innym niz o przezyciu i herbacie z termosu. Mozna myslec o tym, co sie dzialo, a od pobytu na teminalu 2 dzialo sie sporo.
Wlasciwie jeszcze na Terminalu 2 w Dubaju, poznalam pracujaca w Kabulu - dla Nato - Islandke w wieku okolo lat 50. Miala szorstkie dlonie. Fisherman's doughter. Co ciekawe uzyla przenosni zwiazanej z morzem. - Tak, pracuje w Afganistanie, na rozmowie kwalifikacyjnej mowilam o roznorodosci kulturowej i to co trzeba bylo powiedziec, ale nie lubie mojej pracy. Robie to dla pieniedzy. Tak samo jak lowienie ryb na kutrze, po prostu idziesz i po prostu to robisz.
Ladowanie nad Kabulem bylo jednym z najbardziej dojmujacych przezyc estetycznych mojego zycia. Brzmi patetycznie? Patos wymyslono dla takich chwil. Wyobraz sobie oswietlone wschodzacym sloncem gory, ktore wygladaja ja usypane z kurzu. Z kurzu ktory zasech. Zastygl. Gorzysta pustynia koloru Khaki. Jedno kolo nad Kabulem, drugie kolo nad Kabulem. Nie ma drzew, sa za to wyschniete gorskie doliny. Potoki ktore nie plyna. Ziemia jest tak piekna mimo, ze nie ma w niej oczywistego zycia jak sosny czy trawa. Mrozne powietrze na lotnisku. Kabul znajduje sie na 1800 m nad poziomem morza. Zapach gor, beznyny i kurzu. Obskurne lotnikso. A potem zaczela sie przygoda.
Pierwsze wrazenie - jak mnie wystawili to ich grrr###$###^*####%!!! Czekalam z 5 minut na parkingu C az Mustafa z Aiesec Kabul przyjdzie. I przyszedl ale nie sam. Tak wyladowalam w pradziwym afganskim domu - u Eijaza - najbardziej goscinnych i niezwyklych ludzi, ktorzy powiedzieli mi, czuj sie jakby to byl twoj dom i twoj kraj. Jadlam prawdziwy afganski posilek siedzac na podlodze i usilujac nie wystawiac stop w kierunku do rozmowcy - jak nakazuje etykieta. Pilam zielona herbate, a ryz podlalam jogurtem. No a potem przejazdzka po miescie. Nielegalne domy z zaschnietego blota stojace tuz obok wielkich domow weselnych mieniacych sie kolorami odbijanymi w zlotym szkle. W Afganistanie problem malzenstwa to problem pieniedzy. Na wesele trzeba czasem zaprosic nawet I dwa tysiace osob, wiec ludzie biora kredyty, aby moc wydac dzieci za maz. Klimat potlaczu. Jak bede mogla powiedziec na ten temat cos wiecej - zrobie to.
No i impreza Sylwestrowa w jednej z najbardziej strzeżonych ambasad w Kabulu, a pewnie i na świecie, gdzie dostałam prawdziwe espresso o 3 nad ranem. Niezapomniany Sylwester. Miałam wrażenie, że znów znalazłam się na Erazmusie, bo wszyscy byli pijani jak na Friday Bar. Nie byłam w tańczonym nastroju wiec wymigiwałam się gdy różne osobistośic i osobowości usiłowały wyciągać mnie na parkiet. To był taki trochę szok. Pierwszy dzień w Kabulu, jade przez jakąś super strzeżoną dzielnicę za murami wysokści 4 pięter. Jest noc. Jest ambasada. Jest masa rozbawionych ludzi. Ale udało mi się wyłowić spośród tych ze właśnie potencjalnych znajomych, którzy wprost nie mogli uwierzyć, że znalazłam się na imprezie w ambasadzie NIKOGO nie znając. A ja po prostu zostałam wpisana na lisję przez Jo, zanim jeszcze moje oficerki dotknęły Afgańskiej ziemi. Hasło tego party to zasłyszane w kolejce do kibelka "This is Kabul - here everybody are in love". Nie dziwi mnie to, generalnie praca w NGOsach w Kabulu i życie w Kopenhaskiej diasporze zmieszanej z przybyszów z całego świata, emocjonalnie nie różni się tak bardzo. Ludzie nie chcą być sami. Rzadko przecież jest z nimi ktoś do którego będą wracać - jak ja :)
Z Kabulskiego jadra ciemnosci mrugam do Was prawym okiem.
I nagle, wraca swiatlo! Zycie staje sie latwiejsze, dziala klimatyzacja ustawiona na grzanie i mozna myslec o czyms innym niz o przezyciu i herbacie z termosu. Mozna myslec o tym, co sie dzialo, a od pobytu na teminalu 2 dzialo sie sporo.
Wlasciwie jeszcze na Terminalu 2 w Dubaju, poznalam pracujaca w Kabulu - dla Nato - Islandke w wieku okolo lat 50. Miala szorstkie dlonie. Fisherman's doughter. Co ciekawe uzyla przenosni zwiazanej z morzem. - Tak, pracuje w Afganistanie, na rozmowie kwalifikacyjnej mowilam o roznorodosci kulturowej i to co trzeba bylo powiedziec, ale nie lubie mojej pracy. Robie to dla pieniedzy. Tak samo jak lowienie ryb na kutrze, po prostu idziesz i po prostu to robisz.
Ladowanie nad Kabulem bylo jednym z najbardziej dojmujacych przezyc estetycznych mojego zycia. Brzmi patetycznie? Patos wymyslono dla takich chwil. Wyobraz sobie oswietlone wschodzacym sloncem gory, ktore wygladaja ja usypane z kurzu. Z kurzu ktory zasech. Zastygl. Gorzysta pustynia koloru Khaki. Jedno kolo nad Kabulem, drugie kolo nad Kabulem. Nie ma drzew, sa za to wyschniete gorskie doliny. Potoki ktore nie plyna. Ziemia jest tak piekna mimo, ze nie ma w niej oczywistego zycia jak sosny czy trawa. Mrozne powietrze na lotnisku. Kabul znajduje sie na 1800 m nad poziomem morza. Zapach gor, beznyny i kurzu. Obskurne lotnikso. A potem zaczela sie przygoda.
Pierwsze wrazenie - jak mnie wystawili to ich grrr###$###^*####%!!! Czekalam z 5 minut na parkingu C az Mustafa z Aiesec Kabul przyjdzie. I przyszedl ale nie sam. Tak wyladowalam w pradziwym afganskim domu - u Eijaza - najbardziej goscinnych i niezwyklych ludzi, ktorzy powiedzieli mi, czuj sie jakby to byl twoj dom i twoj kraj. Jadlam prawdziwy afganski posilek siedzac na podlodze i usilujac nie wystawiac stop w kierunku do rozmowcy - jak nakazuje etykieta. Pilam zielona herbate, a ryz podlalam jogurtem. No a potem przejazdzka po miescie. Nielegalne domy z zaschnietego blota stojace tuz obok wielkich domow weselnych mieniacych sie kolorami odbijanymi w zlotym szkle. W Afganistanie problem malzenstwa to problem pieniedzy. Na wesele trzeba czasem zaprosic nawet I dwa tysiace osob, wiec ludzie biora kredyty, aby moc wydac dzieci za maz. Klimat potlaczu. Jak bede mogla powiedziec na ten temat cos wiecej - zrobie to.
No i impreza Sylwestrowa w jednej z najbardziej strzeżonych ambasad w Kabulu, a pewnie i na świecie, gdzie dostałam prawdziwe espresso o 3 nad ranem. Niezapomniany Sylwester. Miałam wrażenie, że znów znalazłam się na Erazmusie, bo wszyscy byli pijani jak na Friday Bar. Nie byłam w tańczonym nastroju wiec wymigiwałam się gdy różne osobistośic i osobowości usiłowały wyciągać mnie na parkiet. To był taki trochę szok. Pierwszy dzień w Kabulu, jade przez jakąś super strzeżoną dzielnicę za murami wysokści 4 pięter. Jest noc. Jest ambasada. Jest masa rozbawionych ludzi. Ale udało mi się wyłowić spośród tych ze właśnie potencjalnych znajomych, którzy wprost nie mogli uwierzyć, że znalazłam się na imprezie w ambasadzie NIKOGO nie znając. A ja po prostu zostałam wpisana na lisję przez Jo, zanim jeszcze moje oficerki dotknęły Afgańskiej ziemi. Hasło tego party to zasłyszane w kolejce do kibelka "This is Kabul - here everybody are in love". Nie dziwi mnie to, generalnie praca w NGOsach w Kabulu i życie w Kopenhaskiej diasporze zmieszanej z przybyszów z całego świata, emocjonalnie nie różni się tak bardzo. Ludzie nie chcą być sami. Rzadko przecież jest z nimi ktoś do którego będą wracać - jak ja :)
Z Kabulskiego jadra ciemnosci mrugam do Was prawym okiem.
piątek, 30 grudnia 2011
Terminal 2
No dobra, bez żartów. Nigdy mnie coś takiego nie spotkało. Wylądowałam pod Wieżą Babel. Przekroczyłam bramki terminalu 2 w Dubaju i nagle w jednej chwili wszystkie oczy skierowały się na mnie. Cały terminal patrzył jak biała dziewczyna zapina długie oficerki. Byłam jedyną białą, a na mnie spoglądała rożnorodność, nieprzebrane bogactwo strojów, stylów, krojów oczu. Aż zaparło mi dech w piersiach. Poczułam się jakbym właśnie wypływała na pełne morze. Białego piasku na brzegu już nie widać.
Terminal 2 jest niesamowity. Mężczyźni ubrani „na Saudyjczyka” popijają kawkę w Costa Coffee, Na ławkach, na fotelach, na posadzce, na gazetach – wszędzie ciemnowłosi, wąsaci, brodaci. Hindusi – lot do Dheli, w ubraniach skrojonych na europejskie, Pakistańczycy – brodaci w powłóczystych białych szatach (szal war kamiz?) i tych swoich toczkach lub okrągłych nakryciach głowy. Noszą do nich kamizelki. No i Afgańczycy. Nie ma mowy o pomyłce. Mężczyźni w brązowych, lub białych szal war Kaziach (z kamizelką) i tych czapeczkach „na Pasztuna”. Razem. Śpią „na popielniczkę”, gawędzą. Na Okęciu, w Kijowie, w Kopenhadze, Berlinie, Bergamo jest cisza przerywana komunikatami, tu jest ruch, dyskusja, przeciąganie, przysypianie. Afgańczyk z neseserem w nieskazitelnie czystej szacie pokazuje równie nieskazitelne zęby. Opiera rękę o nogę kolegi, który opiera głowę o pierś trzeciego. Śmieją się.
Lotniska są antyspace (czy dobrze mówię?), są zuniwersalizowaną cichą przestrzenią, która mogłaby zostać przeniesiona wszędzie indziej i nie zmieniło by to nic. Terminal 2 jest miejscem. Miejscem spotkania. Miejscem w którym dostaję zawrotów głowy z różnorodności.
Jeden kwartał ławek okupuje stadko roześmianych czarnoskórych babeczek. Są przeurocze z tymi swoimi kręconymi włoskami i sweterkami. Niektóre noszą chusty. Przewodzi im bardzo energiczna młoda kobieta, bez chusty, która potrząsając dużymi cienkimi kółkami – kolczykami rozsiewa swoją pozytywną roześmianą aurę.
Nagle jak stado kruków podrywają się do lotu Hindusi. Natychmiast pustoszej pół terminalu. Stoją w kolejce, w końcu znikają za bramką nr 5. Robi się ciszej. Afgańczycy wypoczywają opierając o siebie nawzajem brodate głowy. Tyle osób podróżuje w klapkach. A ja w tych cholernych oficerki.
Bliski Wschodzie, Azjo Południowa, Półwyspie Dekan – witajcie, spotykamy się na Terminalu 2.
Pojawiają się Ukrainki w wydekoltowanych dzianinowych bluzkach i mocnym makijażem oczu. A dalej dwie Skandynawki po czterdziestce, w workach i bez makijarzu. I nagle tuż za ciemną jak gorzka czekolada dziewczyną w czarnej chuście i kwiecistej długiej sukience wkracza promień światła. Nie wiem czemu ją tak odebrałam, ale przeszła przez terminal ubrana całkiem na czarno, bardzo wysoka blondynka. Nie rozglądała się, po prostu poszła gdzieś w kierunku trzewi Teminalu 2.
„Saddam Husein” dłubie w zębie palcem ze złotym sygnetem, a jego zakryta od stóp do głów żona, to pokasłuje, to przysypia.
„Książe Sudyjski” w białych szatach i czarnym „sznurku” na głowie, przytrzymującym całość wcina zestaw, który i ja przed chwilą zamówiłam – Caffe Latte i jakieś tam ciastko z czekoladą.
Usiadłam tak, żeby móc się na nich gapić. A to, że oni gapią się na mnie? Już nie, już przywykli.
Znalazłam Królową Balu Terminalu 2. Jest Amerykanką. Tak sądzę, bo mamrocze po angielsku. Zapamiętale klika w swojego najnowszej generacji ipada, włożonego w różową obudowę ze „słodkimi” naklejkami. Ma bandaż na przegubie dłoni. Mogę przysiąc, że co jakiś czas wstrząsa nią niekontrolowany szloch. Pije małą latte. Na krzesełku naprzeciwko niej leży wielki, puchaty miś Przytulanka. Długi na metr. Myślę, że chodzi o mężczyznę, bo czasem płacze, a czasem puszcza takie powłóczyste spojrzenia. Może wspomina. Może marzy. Nie wie, że ktoś na nią patrzy. To znaczy, jej to nie obchodzi. Jej tu nie ma. Jest w tym swoim ipodzie. Ze swoimi sprawami, a jej ciemne przetłuszczone włosy opadają na delikatną twarz, odgradzając ją od świata lepiej niż „najlepsza” burka czy szata zakrywająca ciało. Trzymam kciuki Królowo Balu.
Idę zobaczyć skarby Terminalu 2. No i rozważam. Zakryć włosy?
Terminal 2 jest niesamowity. Mężczyźni ubrani „na Saudyjczyka” popijają kawkę w Costa Coffee, Na ławkach, na fotelach, na posadzce, na gazetach – wszędzie ciemnowłosi, wąsaci, brodaci. Hindusi – lot do Dheli, w ubraniach skrojonych na europejskie, Pakistańczycy – brodaci w powłóczystych białych szatach (szal war kamiz?) i tych swoich toczkach lub okrągłych nakryciach głowy. Noszą do nich kamizelki. No i Afgańczycy. Nie ma mowy o pomyłce. Mężczyźni w brązowych, lub białych szal war Kaziach (z kamizelką) i tych czapeczkach „na Pasztuna”. Razem. Śpią „na popielniczkę”, gawędzą. Na Okęciu, w Kijowie, w Kopenhadze, Berlinie, Bergamo jest cisza przerywana komunikatami, tu jest ruch, dyskusja, przeciąganie, przysypianie. Afgańczyk z neseserem w nieskazitelnie czystej szacie pokazuje równie nieskazitelne zęby. Opiera rękę o nogę kolegi, który opiera głowę o pierś trzeciego. Śmieją się.
Lotniska są antyspace (czy dobrze mówię?), są zuniwersalizowaną cichą przestrzenią, która mogłaby zostać przeniesiona wszędzie indziej i nie zmieniło by to nic. Terminal 2 jest miejscem. Miejscem spotkania. Miejscem w którym dostaję zawrotów głowy z różnorodności.
Jeden kwartał ławek okupuje stadko roześmianych czarnoskórych babeczek. Są przeurocze z tymi swoimi kręconymi włoskami i sweterkami. Niektóre noszą chusty. Przewodzi im bardzo energiczna młoda kobieta, bez chusty, która potrząsając dużymi cienkimi kółkami – kolczykami rozsiewa swoją pozytywną roześmianą aurę.
Nagle jak stado kruków podrywają się do lotu Hindusi. Natychmiast pustoszej pół terminalu. Stoją w kolejce, w końcu znikają za bramką nr 5. Robi się ciszej. Afgańczycy wypoczywają opierając o siebie nawzajem brodate głowy. Tyle osób podróżuje w klapkach. A ja w tych cholernych oficerki.
Bliski Wschodzie, Azjo Południowa, Półwyspie Dekan – witajcie, spotykamy się na Terminalu 2.
Pojawiają się Ukrainki w wydekoltowanych dzianinowych bluzkach i mocnym makijażem oczu. A dalej dwie Skandynawki po czterdziestce, w workach i bez makijarzu. I nagle tuż za ciemną jak gorzka czekolada dziewczyną w czarnej chuście i kwiecistej długiej sukience wkracza promień światła. Nie wiem czemu ją tak odebrałam, ale przeszła przez terminal ubrana całkiem na czarno, bardzo wysoka blondynka. Nie rozglądała się, po prostu poszła gdzieś w kierunku trzewi Teminalu 2.
„Saddam Husein” dłubie w zębie palcem ze złotym sygnetem, a jego zakryta od stóp do głów żona, to pokasłuje, to przysypia.
„Książe Sudyjski” w białych szatach i czarnym „sznurku” na głowie, przytrzymującym całość wcina zestaw, który i ja przed chwilą zamówiłam – Caffe Latte i jakieś tam ciastko z czekoladą.
Usiadłam tak, żeby móc się na nich gapić. A to, że oni gapią się na mnie? Już nie, już przywykli.
Znalazłam Królową Balu Terminalu 2. Jest Amerykanką. Tak sądzę, bo mamrocze po angielsku. Zapamiętale klika w swojego najnowszej generacji ipada, włożonego w różową obudowę ze „słodkimi” naklejkami. Ma bandaż na przegubie dłoni. Mogę przysiąc, że co jakiś czas wstrząsa nią niekontrolowany szloch. Pije małą latte. Na krzesełku naprzeciwko niej leży wielki, puchaty miś Przytulanka. Długi na metr. Myślę, że chodzi o mężczyznę, bo czasem płacze, a czasem puszcza takie powłóczyste spojrzenia. Może wspomina. Może marzy. Nie wie, że ktoś na nią patrzy. To znaczy, jej to nie obchodzi. Jej tu nie ma. Jest w tym swoim ipodzie. Ze swoimi sprawami, a jej ciemne przetłuszczone włosy opadają na delikatną twarz, odgradzając ją od świata lepiej niż „najlepsza” burka czy szata zakrywająca ciało. Trzymam kciuki Królowo Balu.
Idę zobaczyć skarby Terminalu 2. No i rozważam. Zakryć włosy?
Subskrybuj:
Posty (Atom)