poniedziałek, 7 marca 2016

Odkrycie

A zatem jestem na dłuższych wakacjach. Każdy musi czasem odpocząć prawda? Stwierdzam - pójdę na jogę. Przeglądam ofertę szkół jogowych i... okazuje się, że jedna z insruktorek jest również założycielką NGOsa Szkoły dla Pokoju Piszę o tym, bo pomyślałam, że fajnie jak więcej osób będzie wiedzieć o tej inicjatywie. Polubić na facebooku też można.

Nie jest to żaden tekst sponsorowany, żeby było jasne. Po prostu fajnie porozmawiać z kimś kto kuma Afganistan. 

piątek, 1 stycznia 2016

Zamek z piasku

Ostatni raz próbowałam udawać, że Kabul to "normalne" miejsce jakieś dwa lata temu. Pamiętam, że chodziliśmy wtedy całkiem często do Instytutu Francuskiego. Głównie występy lokalnej szkoły muzycznej. Szkoła muzyczna jest super, bo pieniądze nie są barierą - dzieci z biedniejszych rodzin nie płacą za czesne. Chodzi o talent muzyczny i o rozwój. Najbardziej podobały mi się te utwory które łączyły muzykę pochodzącą z Afganistanu i tą wywodzącą się z tradycyji europejskiej. Szkoda, że ukradziono mi telefon na którym mialam nagrania z tych fajnych chwil.

W każdym razie - chodziłam na koncerty, spotykałam się ze znajomymi, dużo pracowałam, chodziłam na siłownię (za żadko). Normalne życie. Nie pamiętam czy wtedy często były wybuchy, czy nie. Z pewnością rzadziej niż częściej, bo nie pamiętałabym tego czasu tak dobrze. Było normalnie. Pomyślałam - bardziej zrelaksowana - że czas poszerzyć horyzonty.  Czułam, że ja tu w Kabulu, a tam świat pędzi. Jako (wątpliwe) remedium wymyśliłam, że zacznę działać na instagramie. Wklejałam zdjęcia z ulic kabulskich - wiele osób to robi, nic personalnego. Ktoś tam zaczął mnie followować, ktoś lubił moje zdjęcia. Zrobiło się tych osób ze sto. Raz zapostowałam zdjęcie z jednego z koncertów w tym właśnie Instytucie Francuskim. Komentarz który dostałam uzmysłowił mi głupotę tego co robiłam. Młody człowiek z dobrym angielskim pisał, że widział mnie w IF na koncercie i bardzo żałuje, że nie podszedł. No jasne. Wygooglował mnie na facebooku, po tym jak zobaczył zdjęcie z koncertu? Może spotaliśmy się kiedyś wcześniej? Nie sądzę. W każdym razie wiedział jak wyglądam. I był w IF kiedy i ja tam byłam. To był kubeł zimnej wody i lekcja.

To oczywiście nie znaczy, że przestałam chodzić na koncerty tylko to, że zamknęłam Instagram.

Kika miesięcy później siedzimy ze znajomymi w ostatnim rzędzie. Chłopak przed nami wstał, wyszedł i zostawił plecak na siedzieniu obok. Muzyka grała a ja patrzyłam na ten plecak. Mogę chyba powiedzieć, że oblał mnie pot i nie będzie to przesada. Przeczucie? Może. Poprosiłam towarzyszącego mi kolegę, aby zapytał drugiego młodego gościa przed nami czy ten plecak jest jego, lub tego który wyszedł. Kolega najpierw bagatelizował moją obawę, ale potem, zapytał młodzieńca o plecak. Wszystko się wyjaśniło, chłopak zrozumiał naturalność tego pytania. To nie była bomba tylko jego książki. Koncert był przedni.

11 grudnia 2014 w IF, w tej właśnie sali, wysadził się kilkunastoleni chłopak. To było przedstawienie potępiające zamachy samobójcze, jeżeli dobrze pamiętam. Co za "dobry" timing. Dyrektor szkoły muzycznej siedział przed nim. Został bardzo ranny i stracił częściowo słuch. Nie mogę sobie wyobrazić co to musiało znaczyć dla kogoś kto poświęcił swoje życie muzyce. Najważniejsze, że przeżył. Słuch wraca. Tego dnia nie było mnie tam, ani nie miało mnie tam być. Taki fart.

A czemu do tego wracam? O pracy z założenia nie piszę, a to taka pocztówka z przeszłości. Nic w niej z melancholii. Po prostu.

Tu można usłyszeć młodych muzyków z kabulskiego ANIMu oraz indyjskich wykonawców, którzy występowali z nimi któregoś dnia w lecie 2014. Odsyłacz do youtube.

---

Dzisiaj był atak na Francuską restaurację w Kabulu, wiem że to tylko jeden z wielu ataków, że ludzie giną setkami, że jest tyle cierpienia. Ale dla mnie to właśnie miejsce Le Jardin na Ulicy Dziewiątej ma w sobie wspomnienia i ono jest dla mnie ważne. Tak ja IF. Tak jak Taverna du Liban. Tak jak więcej z mojego życia w Kabulu wybudowanego jak zamek z piasku który rozrywany falami historii wali się dzień po dniu.

wtorek, 29 grudnia 2015

Na motocyklu

Nauczenie się jeździć na motocyklu zajęło mi sześć godzin. A. podarowała mi swoją chińską podróbkę niby-Toyoty 125 cm, a C. nauczył postawy i zmiany biegów. Powiedział też "ten który Cię zabije to ten którego nie zobaczysz", co na tyle mnie przestraszyło, że zaczęłam naprawdę serio podchodzić do rozglądania przed włączeniem się do ruchu. Motocykl był wyzwoleniem z zamkniętej klatki domu. Kask który zakrywał mi twarz, męski szalwar kamiz, buty "niezachodnie" i również prezent od mojej motocyklowej siostry A. - szkurzana kurtka, były moim uwalniającym przebraniem. Generalnie dawałam radę udawać faceta - do pewnego stopnia. A przede wszystkim - kto spodziewałby się zagranicznej kobiety na motocyklu niezdarnie piłującej biegi? Motocyklista ze mnie początkujący, ale muszę przyznać, że jak na osobę która w swojej piątej godzinie jazdy wyjechała na wycieczkę po za Kabul - miasto o szalonym ruchu samochodowym, tragicznej nawierzchni i wojskowych check-pointach, to jest ok.

Motocykle są super. Nie mogę uwierzyć, że mam mój własny - czekający na mnie w domu w Afganistanie.

Dziś, jestem po za Kabulem. Dziś jestem w Polsce i Afganistan oddala się odrobinę pozwalając wyjść po za uczucie zaciśniętego żołądka i przynaglenia. I nagle okazuje się, że miałam tam cudne przygody i że każdą z moich historii można obrócić w żart. To takie przyjemne uczucie. Prawie nostalgiczne. Z tym, że ja tam wracam. I w tym nie ma nic z nostalgii, a jest po prostu życie.


wtorek, 22 września 2015

środa, 9 września 2015

Powrót do domu

Do mojego domu w Kabulu.

Samolot zatacza koła nad górami w kolorze kurzu. Zniża lot na oceanem kontenerów i bazą wojskową. Góra telewizyjna z przyklejonymi do zboczy glnianymi slumsami rysuje linię nieba. Dotykamy kołami ziemi. Airbus hamuje na krótkim pasie.
- Hej Mustafa - dzwonię do mojego kierowcy - właśnie przechodzę przez bramki, jesteś na parkingu?
- Tak, czekam. Dobrze Cię słyszeć Aleks - odpowiada młody głos. Zawsze kiedy mówi po angielsku wchodzi na wyższe tony niż w Pashto i brzmi prawie damsko.
Poprawiam butelkę w kieszeni płaszcza. Tym razem to rum w plastikowej butelce. Dwie dobre whiskey lecą w bagażu nadanym. Do Afganistanu można wwieść dwie butelki alkoholu. Nie "dwa litry", dwie butelki. Więc ten rum to tak - zabiorą? Albo nie zabiorą? Nie zabrali.

Wychodzą z terminalu. Jeden z wojskowych podchodzi bardzo blisko prawie krzycząc - Long time no see! - to taki trik, żeby mnie zawstydzić i zaangażować w rozmowę. Nie mrugam powieką, nie ruszam jedym mięśniem twarzy, mijam go. Słyszę salwę śmiechu - jego koledzy go wyśmiewają jak to go olałam. Mała satysfakcją uśmiecha się w sercu. Niektórzy regaują na takie rzeczy agresją. Ja nie reaguję. Agresja nie działa - przeszłam ten etap. Ignorowanie działa bardzo, bo koledzy wyśmieją go bardziej bezlitośnie niż to co ja mogłabym mu powiedzieć.  Poświęcam na to kilka sekund a potem zapominam. Jedna z tych rzeczy.

Parking. Jedziemy przez miasto Mustafa pyta co u mojej rodziny - dobrze. Co u jego rodziny - dobrze. Jak bezpieczeństwo? A, dobrze. W sensie - dobrze, jak na Kabul. Był może jeden wybuch dziennie.

Piękna pogoda. Cudownie. Kabul jesienią to najpiękniejsze miejsce na ziemi.

Chłopcy w niebieskich szkolnych koszulach grają w piłkę na ulicy. Sklepikarz chowa się w cieniu. Warsztat samochodowy przyjmuje nowe zlecenie. Drzewa. Drzewa urosły tyle przez te 4 lata. Zielony cień.

Powietrze przesiąknięte jest kurzem. Uliczni sprzedawcy mają na straganach flagi - nie tylko Afgańskie, ale też tą, kótrą powieszą 9 września aby pamiętać o śmiercy Masouda. Ich bohatera. Bohatera Tadżyków. Postaci której ciężko nie lubić jak sie o nim słyszy i patrzy na jego zamyślone oblicze spoglądające z murów Kabulu, aż do momentu kiedy przypominasz sobie, że to jeden z nich wszystkich. Komandor. Dowódca. Warlord.

Witam w domu moich współlokatorów. Czemu ja w ogóle wyjechałam? Przecież tu jest super.

Budzę się o piątej rano. Słońce wstając oświetla góry.

Dzięki Ci Boże, że mogłam otworzyć oczy w najpiękniejszym z miejc, w najpiękniejszym ze światów.

Muezin modli się na powitanie dnia. Winorośle oplatają drut kolczasty.

Dobrze być w domu.

niedziela, 30 sierpnia 2015

A kiedy to ja zadam to pytanie

Kiedy zaczynałam moją obecną pracę miałam 26 lat. Wiek wciąż był "problemem" bo jako młoda kobieta musiałam sobie zapracować na szacunek. Gdybym była mężczyzną z siwymi włosami i brodą  szacunek byłby w pakiecie. No cóż. Ja wtedy wyglądałam jak zaprzeczenie kogoś takiego. Szacunek nie przyszedł więc sam. Zaczęło się od pytań starszych i bardziej konserwatywnych wykładowców mojej uczelni, moich kolegów z pracy, o to czy mam dzieci. Dzieci nie mam, a Pan? A Ty? Szok. Nie zapomnę jak wykładowca nauk o zwierzętach prawie krzyknął - no jasne że mam. Prawie jakbym podważała jego męskość. A z drugiej strony mi się wydaje, że to jest po prostu pytanie tak bardzo skierowane do kobiety, że on nie był przygotowany, żeby na nie - wszak dość intymne, rodzinne itd. - odpowiadać. W kraju gdzie obsesja posiadania syna jest kosmiczna, a wartość kobiety mierzy się w dzieciach, to odbicie pytania było co najmniej kulturowym faux pas. Z tym, że dokładnie taki był zamiar, bo gdybym miała grać według ich reguł gry to w mojej pracy nie było by na mnie miejsca. Jak i na żadną inną z moich koleżanek.  

sobota, 15 sierpnia 2015

Afganistan zmienia

Moja reakcja na to, że w mieszkaniu w którym pomieszkuje kiedy jestem chwilowo w Polsce, są karaluchy?

TAKIE MAŁE? A, SPOKO.

Serio?

Serio????

Serio???!!!!

wtorek, 11 sierpnia 2015

Brama i tajemnica

Pewnego razu, kiedy wracałam z pracy był taki korek, że poprosiłam mojego kierowcę, żeby pojechał zboczem Góry Telewizyjnej, przez coś co można nazwać slumsem, żeby nie utknąć. Utknęliśmy i tak.

W każdym razie wtedy zrobiłam to zdjęcie. Potrzebuję Afgańczyka, żeby mi rozszyfrował tą kaligrafię nad nadprożem. A teraz to wciąż tajemnica.




niedziela, 9 sierpnia 2015

O poszanowaniu życia w Afganistanie

Gul Jan nosi burkę kiedy idzie do pracy. Otwieram jej bramę naszego domu i wpada swoim enegricznym krokiem. Wiem, że to ona mimo, że przecież kiedy patrzę przez lustro, które mówi nam kto przychodzi, to widzę niebieską burkę i nic więcej - trochę się nauczyłam rozpoznawiać "moją" Gul Jan. Gul Jan u nas sprząta. To znaczy: sprząta, prasuje i pierze, oraz wcina czekoladki i przesypia całe dnie w łóżkach domowników. Gul Jan jest instytucją - nikt nigdy jej nie zwolni za spanie czy podjadanie, nikt jej nawet nic nie powie. Bo po co? Jest ok tak jak jest. A z resztą - po co ją stresować? Jest jednyną osobą w rodznie która pracuje: utrzymuje brata, domu, jego dzieci. Sama - co niezwykłe w Kabulu - nie wyszła nigdy za mąż. Gul Jan jest inna, jest i już. 
Gul Jan używa mojego kremu nawilżającego. Najpierw się wkurzałam, a potem kupiłam sobie drugi słoiczek - i tak stoją dwa: ona ma swój, ja swój. I co? No, ok nie sobie położy go na twarz, poczuje się fajnie ze sobą. 
Raz wpadła do mojego pokoju z wyrazem absolutnego przerażenia na twarzy i papierkiem po czekoladce w ręku. - Aleksandra, czy to jest haram? Czy to ma alkohol? - przerazona krzyczy, bo jako dobra muzułmanka nie może mieć kontaktu z alkoholem. No tak - to były przywiezione z poza Afganistanu czekoladki, które zostały w salonie. Czytam skład. Niech ten grzech będzie na mnie - Nie, Gul Jan nie ma. - Chyba mi nie uwierzyła. 
Ona uwielbia zwierzęta. Kiedy mieliśmy naszego pierwszego psa - Porkchop, Gul Jan prasowała na podłodze z Porchop przyklejoną do niej. Karmiła kotke która była w ciąży. Ucieszyla się z drugiego psa. A kiedy tamte wszystkie zwierzaki wyjechały do Europy ucieszyła się najpierw z kurczaków, a potem dwóch kolejnych psów. Gul Jan jest zaprzeczeniem stereotypowego Afgańczyka, który rzuca w psa kamieniem. Ma 6 kotów w domu. 
Kiedyś chciałam zabić oso-szerszenia który wpadł do nas do domu. Gul Jan skarciła mnie, mówiąc w Dari o szacunku do życia, o tym, że to żyjące stworzenie, a potem złapała go pod szklankę na papier i wyniosła. Uśmiechnęła się patrząc jak odlatuje. Uśmiechnęła się widząc jedno uratowane życie, które w tym mieście nie zostało starte w proch. Jak to dobrze.

sobota, 8 sierpnia 2015

Czarny piątek.

Napisałam tą notatkę - dlaczgo Afganistan. I teraz tak myślę - jakie to głupie. Znajoma napisała na facebooku - nie jesteś odważny, bo udało ci się przetrwać, jesteś odważny jeśli wiesz, że to mogłeś być ty.
Ja nie wiem czy jest w tym jakaś odwaga. Zawsze wszyscy myślą, że to nie będą oni. Nie dzisiaj. Nie oni. Nie ja. Tylko tak da się żyć.
Pamiętam, bo bałam się, że to będę ja. Tak żyć się nie da.
Dzisiaj - ponad 40 ofiar śmiertelnych, setki rannych. Jeśli dobrze czytam newsy to wciąż trwa samobóczy atak. Dziś - wybuchy. Nie widziałam takiego krateru po bombie w innym kontekście niż bomardowania z WWII.
Takiego piątku Afganistan nie miał od kiedy tam mieszkam. Dziś mam szczęście. Dziś nie jestem w Kabulu.


czwartek, 6 sierpnia 2015

Dlaczego Afganistan?

Jeździłam konno ze Strażakiem. Dopiero co się poznaliśmy. Zapytał mnie o to dlaczego Afganistan. Polubiłam go i chciałam dać prawdziwą odpowiedź. Tylko, że odpowiedź sprzed czterech lat nie jest już aktualna. To, że chciałam coś przeżyć, chciałam się sprawdzić, chciałam się czego nauczyć, a przede wszystkim chciałam czegoś "innego", bo "normalne życie" było dla mnie czymś nie do pociągnięcia. Zwłaszcza, że wyobrażenie tego normalnego życia nie było dla mnie wtedy różowe. Wydawało mi się, że będę musiała harować na stażu za pół darmo i liczyć swoją wartość wedle tego co konsumpcyjne społeczeństwo uznaje za wartościowe. Nie. Pomyślałam, że to obejdę. No i obeszłam. Harowałam na praktyce nie tylko za pół darmo, ale i bez ogrzewania przy - 20. Musiałam zmierzyć się z niedoskonałościami mojego angielskiego i nieśmiałością. Byciem napastowaną. Byciem w kulturze w której bycie kobietą jest ciężkie. Bardzo dużo się nauczyłam. Brałam każdą szansę w której mogłam rozwinąć się zawodowo. Bardzo dużo pracowałam. Dużo podróżowałam. Dzięki pracy w Afganistanie mam ulubioną restaurację na dachach Stambułu, preferowany co-working space w Dubaju, sushi w małym holenderskim mieście. Przyjaciół i znajomych, o których wielkich sercach i życiorysach można by książki pisać - z którymi po prostu fajnie pogadać wieczorem. Team - moich chłopaków z pracy, którzy w ramach szacunku mówią do mnie Miss Aleks, albo Dear Aleks. Więc czemu Afganistan dzisiaj? Bo to życie oferuje tyle ciekawych doświadczeń. Tyle niesamowitych możliwości. Również możliwości zrobienia czegoś naprawdę użytecznego. Bo ja naprawdę wierzę w moją pracę. I bywa bardzo ciężko, ale przynajmniej wiem, że mogę powiedzieć, że bywało naprawdę ok. 

czwartek, 30 lipca 2015

Nowa radość życia

Bywa rożnie, ale świat jest piękny.

Na zdjęciu to wcale nie Afghanistan, a nasza Polska właśnie. Poszliśmy w góry na kilka dni - było super. Świetnie jest robić rzeczy. Robić więcej niż tylko praca - choćby praca była najciekawsza. Super jest się ruszać. Pisałam już o tym jak kiepsko jest, jeżeli nie używa się swojego ciała do sportu i ruchu - w tym roku i w podróży, i w Polsce, i w Afganistanie nie popełniłam tego błędu. A widoki? Widoki super :)

niedziela, 19 lipca 2015

Motocykle i Kabul

Tydzień temu nie umiałam jeździć na motocyklu. Czy dzisiaj umiem? Umiem podstawy na tyle żeby, ubrana po męsku, dojechać razem z przyjaciółmi 40 km po za Kabul i wrócić. Po drodze zrobiłam to zdjęcie:


Tak, wiem że to jest szaleństwo. Ale wiem, że to również jest wolność i piękno. Słodycz płynąca w żyłach. Dawno nie czułam się tak żywa. Tak szczęśliwa. 

czwartek, 2 lipca 2015

Warszawa - Kabul

Z krótką wizytą w Warszawie.

Kiedyś - dziś wydaje się, tak dawno temu - Warszawa była moim miastem. Oddychałam jej powietrzem, żyłam jej rytmem. Oczywiście, zawsze było wiele Warszaw i do wielu z nich nie miałam dostępu, ale był czas że mogłam powiedzieć, że znam to miasto po swojemu.
Pamiętam świty w Warszawie przy akompaniamencie pierwszych sobotnich tramwajów, kiedy po przetańczonej nocy szłam na południe, wzdłuż Marszałkowskiej, zmierzając do domu. Pamiętam Nowy Świat, który traktowałam jak swój "salon" czy może raczej "duży pokój". Nowy Świat był moim living roomem, kiedy studiowałam na Krakowskim i na Żurawiej i musiałam przebiegać tą odległość trzy-cztery razy dziennie. Był też siłownią, bo studiując na dwóch kierunkach musiałam biegać zaskakująco szybko.

Na pierwszym roku studiów zrobiłam kurs przewodników po Warszawie i jakimś cudem zdałam egzamin. Oprowadzałam zagranicznych turystów po Łazienkach. Nawet nie wpisuje juz tego w CV.

Czy to znaczy, że Warszawa przestała być ważna? Zdecydowanie nie. To zawsze będzie moje rodzinne miasto. Ale stała się obca. Kiedy jestem w Warszawie, nigdzie - w głębi serca -nie przynależe. Nie rozpoznaję jej jak starej znajomej.

Z resztą - prawda jest taka, że słoneczne i upalne dni jak dzisiejszy, nie pasują Warszawie. Warszawa jest miastem jesieni. Lato nie pasuje do jej faktury.

Kabul natomiast jest miastem lata. Słońca jasnego i palącego. Być może po raz pierwszy tak naprawdę nie wiem gdzie jest mój dom. Jestem wdzięczna za to uczucie. To rodzaj samotnej wolności do której tak dążyłam kiedy byłam młodsza.


sobota, 13 czerwca 2015

Najlepszy dzień w Afganistanie

Aż ciężko w to uwieżyć, ale przeżyłam idealny dzień w Kabulu. Zapamiętam go wyraźnie. Ciepłe światło, kurz. Ha. Moja pierwsza dłuższa wycieczka motocyklowa. Zapach spalin. Szalik na twarzy, żeby jechać jako "Afganka" trzymając się mojego znajomego, na jego motocyklu. Prędkość na Darulaman Road. Jechaliśmy całą grupą, inny znajomy złapał gumę. Zatrzymaliśmy się u ulicznego mechanika, który z prędkością światła zmienił mu dentkę. Pojechaliśmy do tego NGOsa, który organizuje piątkowe lunche w ogrodzie. Jeździłam konno. A potem pojechaliśmy na motocyklach w góry. Grupa się rozdziliła i nie było zasięgu więc wylądowaliśliśmy na końcu drogi, nad rwącym strumieniem. Grupy młodych Afgańczyków na dywanach cieszyły się piknikami. Potem ktoś zaczął strzelać. Oczywiście się wystraszyłam. A potem ktoś zaczął strzelać dosłownie 20 metrów od nas. Dla zabawy. Celowali w górską grań. Wracaliśmy cali szczęśliwi. Rozchlapywaliśmy kołami górskie strumienie. Mieliśmy nawet wypadek i oboje wylądowaliśmy w wodzie. Na szczęście nic się nam nie stało. Było pięknie. Górskie powietrze. Godzina dogi od Kabulu, a znaleźliśmy się w miejscu z krystalicznie czystą wodą i powietrzem słodkim do oddychania.

Ah. 

sobota, 30 maja 2015

Kabul z siodła

1.

Tym razem zatrzymałam się w Dubaju na tydzień. Wynajęłam pokój w moim ulubionym hotelu. Pokój który tak naprawdę jest małym mieszkankiem - te są moim ulubionym odkryciem ostatnich kilku lat: skoro sama sobie gotujesz, a nie jesz na mieście, oszczędzasz. Czekałam na wizę do Afganistanu. To był miły tydzień. Trochę zakupów, dużo chodzenia - wciąż jeszcze dało się wytrzymać w pełnym słońcu. Znalazłam świetne studio jogi przy JBR/Marina i ćwiczyłam tam trzy razy. Instruktorka była szczerze zadziwiona, że mimo, że ja tylko na tydzień, to zdecydowałam się przyjść. W ten właśnie sposób zaczęłam moją intensywną przygodę z ruchem - cel: nie zrobić sobie tej samej krzywdy co w ciągu wcześniejszych trzech lat. Żeby było jasne: nie mam opóźnionej obsesji na fitness. Ja tylko doświadczyłam na własnej skórze jak destruktywne jest siedzący tryb zycia w wesji ekstremalnej, kiedy czujesz się bohaterem narodowy, bo zrobiłeś 1000 kroków dzienie: expacki lfestyle, gdzie wszędzie jesteś podwożony i dowożony, bo chodzenie jest niebezpieczne. Także, mając to na uwadze codzienny ruch stał się moim nowy "nawykiem". Teraz, półtora miesiąca poźniej, kiedy siedzę przy moim kabulskim stole jestem sobie za to wdzięczna. Wysoki poziom endordin bardzo pomaga kiedy cisza gwiaździstej afgańskiej nocy przecinana jest wybuchami granatów i seriami z broni automatycznej.

Dwa dni temu był kolejny atak na hotel. Na szczęście "bad guys" nie dostali sie do środka. Policja czekała do świtu, żeby ich wyczyścić. Nie było ofiar po za napastnikami. To jedna część tej rzeczywistości.

2.

Dwa lata temu współorganizowałam pierwszy TED talks w Afganistanie. Chris Anderson, założyciel TED przyleciał na event. Katering był spóźniony. Przemawiał przyszły prezydent Afganistanu Ashraf Ghani. To było coś. Wczoraj nie poszłam na TEDx Women. Kolejny event TED w Kabulu. Wolałam pojeździć konno.

Uważam, że to fantastyczne, że eventy TED dzieją się w Afganistanie. Że to wszystko co my zaczęliśmy jest kontynuowane. Ja odłączyłam się od tego po pierwszym evencie. Kolejne były znacznie łatwiejsze do zorganizowania. Za pierwszym razem nikt nie wierzył, że nam się uda to zorganizować. Najstarsza osoba w teamie miała 27 lat. Afgańczycy i expaci. Udało się :)

Tym razem zamiast iść na event wolałam pojeździć konno. Znajomy przywiózł mi buty jeździeckie z UK, a czekanie tydzień na to, żeby je wypróbować nie wchodziło w grę. Te konie mają charakterek w końcu są trenowane do buzkashi. A buzkashi jest naprawdę brutalnym sportem. Mój współlokator będzie trenował do tego aby zagrać w meczu buzkashi. Ja cenię sobie moje niepołamane rzebra więc nie będę się na to kusić. A z resztą - kto to słyszał - kobieta grająca w buzkaszi? To na co ja mam nadzieję, to prawdziwy wyjazd w teren. Założyć szalik na włosy i pogalopować po afgańskich drogach pozotawiając za sobą tuman kurzu.


3.

Te kilka miesiecy po za Afganistanem  naprawdę dobrze mi zrobiło. Ostatnie półtora w Kabulu również nie zrobiło mi źle. 

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Gdybym jechała znów do Kabulu

Mam kilka przemyśleń związanych z moimi trzema latami przeżytymi w Afganistanie. Co zrobiłabym inaczej?

1) Zbalansowałabym może życie zawodowe z osobistym. Czytaj: odpoczywałabym.
2) Zadbałabym o jedzenie. Przwoziłabym więcej zdrowego i pełnowartościowego jedzenia za każdym razem lecąc do Kabulu. Robiła lunch do biura żeby nie musieć jeść tego co serwowane jest w stołówce.

Tu oczywiście rodzi się pytanie - skoro moi Afgańscy koledzy jedzą jedzenie na stołówce to chyba ja też powinnam, żeby nie było, że sie wynoszę. Otóż koniec z tym. To jest moje zdrowie i moje ewentualne pasożyty. Tylko lunch box.

3) Ćwiczyłabym raz dziennie. Brak ruchu jest zabójczy.
4) Czytałabym książki. To naprawdę straszne, że w pewnym momencie nie miałam nawet siły czytać. To jest oznaka ostatecznej degradacji, degeneracji, degrengolady, osobistego rozpadu.
5) Praktykowałabym wdzięczność. Za te małe rzeczy. I za te duże rzeczy.

środa, 11 marca 2015

Niedziela

Było idealnie. Nie wiał wiatr. Nie padał deszcz. Nie było zbyt ciepło. Ani zbyt zimno. Słońce nie dawało mocnych kabulskich cieni. W końcu przyszły chmury - żadcy goście. Chmury szare, delikatne, zakrywały całe niebo.

Była niedziela. Dzień pracy. Ale tego dnia niedziela stała się Niedzielą. Słuchał radia BBC4, słuchał mszy. Klematis piął się nieprędko do nieba. Chorały podążały za klematisem. Wczoraj padał deszcz, więc powietrze było czyste i przesycone zapachem ziemi. Ja czułam zapach kadzidła, prosto z londyńskiej katedry. W Kabulu.

Pracował w ogrodzie. Podlewał kwiaty. Broda, tatuaże. Również te trzy kropki, które ukrywa pod grubym paskiem zegarka. Dźwięki mszy. Patrzyłam na klematis, słyszałam jak przekłada donice z ziemią. Psy spały.

Powiedział - Trochę normalności. Msza w niedzielę i zajęcie się roślinami.

Wątpiłam, żeby to było to co robił w niedzielę, kiedy było "normalnie".

To była kwestia świata. To była kwestia muzyki. Widziałam piękno. Rozpoznałam je jak dawno niesłyszany język. Na chwilę chciałam pamiętac tylko ten.

----
No więc mam i dobre wspomniena z Afghanistanu. W skrócie: mój wspólokator podlewa kwiaty.  

piątek, 20 lutego 2015

Sasiedzi

Pamietam smiechy za murem w sasiadow. Grajaca muzyke. I jeszcze wiecej radosnych smiechow. Byl piatek, spotkanie rodzinne.
Spotkalam ich wychodzac na zakupy. Wszyscy wycalowali sie na pojezdzie, wolnym najedzonym krokie podeszli do samochodu, zapakowali sie i zartujac pojechali do domu. Takie normalne.

czwartek, 19 lutego 2015

Mały epileptyk

To całkiem zabawne - przez tyle miesięcy nie miałam ochoty pisać, a teraz jakby ktoś odkręcił zawór. Obrazy z Kabulu przewijają się przed oczami. Poruszają palcami po klawiaturze.

Jechałam do pracy. Kabulski korek. Nie da się oddychać od zanieczyszczenia. Chłopcy podchodzą do samochodu i przez otwarte okno wpuszczają do środka dym "przeciw złemu oku". Odejdą jak im zapłacimy. Zamykamy okna. Nie chcemy płacić. Oni okadzają auto tak, że powietrze z dymem wpada przez nawiew. Nie możemy się ruszyć bo korek. A przecież nie wysiądziemy. Kierowca się denerwuje, chce ich przepędzić. Korek rusza. Łapczywie łapiemy powietrze. Patrzę, że chłopcy upatrzyli sobie inny samochód. Kiedy patrzę na nich znowu, ten młodszy - może dwanaście lat - leży na chodniku ze śliną na ustach, cały w drgawkach. Przechodnie przechodzą obok niego, nawet nie patrząc. Nie wiem co robić. Kierowca nie chce słyszeć o tym, żebym do niego wychodziła. Nie, nie otworzy drzwi.

Drugi raz to był chłopiec który niósł siatkę z pomarańczami. Pomarańcze się rozsypały a on leżał na chodniku w drgawkach. I znów nie wysiadłam z samochodu. Tym razem po prostu bałam się wysiąść.

Nie wiem nic o epilepsji. Pamiętam te małe ciała w brudnych ubraniach i obojetnych przechodniów.